Wbrew temu, co sądzą znudzeni życiem panowie z warszawskich redakcji, Nowa Huta nie umarła. Ona tylko weszła w fazę rozkładu, który z daleka łudząco przypomina życie.
Betowe blokowiska, ciągnące się od Kombinatu po Bieńczyce, pękają jak stara skóra węża, ale z tych szczelin – zamiast młodych węży – wyłażą na świat chłopcy o tępych spojrzeniach i rękach, które za dobrze pamiętają obijanie twarzy o kafelki w przejściu podziemnym.
Jednym z takich chłopców był Tadeusz Batyr.
Samo nazwisko brzmi dumnie, stepowo, niemal bajecznie. Batyr – po kazachsku bohater, wojownik. Niestety, rzeczywistość okazała się dla Tadeusza mniej wzniosła od etymologii. Mieszkał na osiedlu, które miejscowi ze specyficznym humorem nazywali „Syberią”, bo zimą wiało tam od strony Łęgu tak, że pies na smyczy stawał dęba. Jego królestwem było wąskie przejście między śmietnikami a wiecznie nieczynnym basenem, a berłem – zaciśnięta pięść w skórzanej rękawicy bez palców.
Był dresiarzem. Proszę państwa, nie żadnym tam „chłopakiem w dresie”, ale autentycznym wyrobnikiem ulicznego chamstwa. Łysa głowa, na karku wytatuowany miecz grunwaldzki – symbol dumy z małopolskiego pochodzenia, który pod wpływem alkoholu nabierał cech krzyża maltańskiego. Kibicował Wiśle Kraków. Nie tej pięknej, historycznej Wiśle, co to zdobywała mistrzostwa w dwudziestoleciu międzywojennym, ale tej brutalnej, stadionowej, która w sobotnie popołudnia wylewała się z alei Żywieckiej niczym lawa z wulkanu – by zalać sąsiednie dzielnice krzykiem i pobojowiskiem.
No i – owszem – zadawał się z chłopcami, którzy uważali, że Hitler miał dobre pomysły, tylko wykonawców do kitu. Batyr nie czytał nigdy Mein Kampf, bo czytanie kojarzyło mu się z podstawówką, a ta z przymusem. Ale wstępował w tę branżę, bo dawała prostą tezę: za wszystkie dziury w chodnikach, brak automatu z piwem na klatce i to, że jego stary pije już czwarty dzień, odpowiadają ci, którzy są inni. Proste, prawda? Taki światopogląd nie wymaga matury.
Aż tu pewnego deszczowego października, gdy Kraków spowijała mgła gęsta jak barszcz wigilijny, Tadeusz Batyr spotkał Magdę.
Stała na przystanku w Prokocimiu. Bo Prokocim – to też nie jest żaden salon. Stare, przedwojenne domy, które pamiętają może i austriackie czasy, ale teraz kruszeją smutno. A w nich mieszkają samotne matki. Taka jak Magda: dwadzieścia trzy lata, oczy wypłakane, pod nimi sine obręcze grube na dwa palce. W wózku spało jej dziecko – jakieś dwuletnie stworzenie w za dużej kurtce z Pepco. Ona sama trzęsła się w cienkiej kurtce, choć październik tego roku był wyjątkowo zdradziecki.
Batyr szedł właśnie z treningu (treningu – powiedzmy, chodzi o siłownię na jednym z osiedli, gdzie sprzęt trzeszczał jak stary grat, a on wycinał pompki na gołych pięściach). Zatrzymał się. Nie z litości. Litość, proszę państwa, jest uczuciem zbyt skomplikowanym dla kogoś, kto swoje emocje ogranicza do trzech: furia, głód, senność.
Zatrzymał się, bo Magda miała ładny tyłek. Nawet w tych tanich dżinsach z Biedronki.
– Ej, laska – rzucił, spluwając gumę balonową na mokry chodnik. – Ty z tych normalnych?
Magda podniosła wzrok. Była tak zmęczona, że Batyr wydał jej się w tym momencie prawie przystojny. Miał szerokie bary, oczy zimne jak huta w nocy i w ogóle – nie pytał, czemu dziecko płacze, tylko od razu proponował konkret.
– Zależy – odparła cicho. – A co?
– Umów się. Pójdziemy na miasto. Znaczy – na osiedlowy. Pogramy w maszynę, wypijemy browara. Dzieciaka zostaw matce.
– Matka mieszka w Borku Fałęckim, a nie mam na bilet.
Batyr uśmiechnął się. Nie ładnie. Po dresiorsku. Jak wilk, który znalazł kozę, ale postanowił ją najpierw zaprosić na kolację.
– Ja mam kasę. Właśnie dostałem za wykopki u prywaciarza. Chodź.
I tak – moi państwo – zaczęła się ta historia. Nie romantyczna. Nie piękna. Ale prawdziwa, jak zaduch na klatce schodowej, gdzie ktoś spalił styropian, bo go nie stać na węgiel.
Tadeusz Batyr nie wiedział wtedy jeszcze, że Magda to jego jedyna szansa na coś, czego brakowało w jego betonowym świecie. Na ludzkie ciepło. Na kogoś, kto nie ucieknie, gdy po pijaku rozwali mu ryja.
A ona nie wiedziała, że zamiast księcia z bajki, wzięła za rękę psa łańcuchowego.